Ważne

Dziki a zwalczanie ASF – perspektywa wirusologa

Dziki, fot. Karol Zub

Publikujemy list otwarty napisany przez prof. dr hab. Bogusława Szewczyka, wirusologa z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

LIST OTWARTY

Czy zwalczymy afrykański pomór świń wybijając dziki?

Planowane i trwające już hekatomby dzików, o których słyszymy w środkach masowego przekazu porażają, a ich celowość wzbudza wątpliwości nawet w środowiskach myśliwych. Na temat możliwości zakażenia ferm świń przez dziki wymyślane są różne, często kompletnie fantastyczne teorie. Jako wirusolog o długim stażu naukowym, a afrykański pomór świń to choroba przenoszona przez wirusy, chciałbym wskazać na najbardziej prawdopodobną drogę rozprzestrzeniania się wirusa – to działalność ludzka.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę wyniki badań dotyczące innej, niesłychanie groźnej wirusowej choroby zwierzęcej – ptasiej grypy. Czuję się w pełni uprawniony do przedstawienia wniosków dotyczących tego konkretnego wirusa, ponieważ przez ponad dwa lata byłem ekspertem (jedynym z Polski) nadzwyczajnej komisji powołanej przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) Unii Europejskiej, najważniejszej organizacji europejskiej kontrolującej jakość żywności. Zadaniem naszej Komisji było oszacowanie ryzyka zagrożenia różnymi drogami rozprzestrzeniania się wirusa ptasiej grypy. W tym czasie teorie dotyczące głównych zagrożeń przenoszenia wirusa były bardzo różne, ale najczęściej obwiniano o to ptaki przelotne. W związku z tym, w niektórych krajach, np. w Rosji, masowo strzelano (nawet z broni maszynowej) do przelatujących stad ptaków. Wkrótce okazało się, że padłe, zakażone wirusem ptaki znajdowano bardzo często nie na trasie przelotów, a na trasach kolejowych (np. rejon kolei transsyberyjskiej i jej przedłużenia w Chinach) i na lokalnych targowiskach drobiu. Wnioski naszej komisji EFSA były jednoznaczne – chociaż ptaki wędrowne mogą przenosić wirusa grypy, to głównym wektorem go przenoszącym jest człowiek. Najczęściej hodowca drobiu (np. taki, dla którego stado kur jest jedynym dochodem) po rozpoznaniu choroby u hodowanych ptaków, zabija je i sprzedaje na targowiskach w ośrodkach miejskich. W krajach tzw. bardziej rozwiniętych, padłe zwierzęta są często nielegalnie mielone i dodawane do paszy.

Nie mam wątpliwości, że ten drugi proceder może mieć miejsce również w przypadku zwierząt innych niż drób i potencjalnie – przyczyniać się do rozprzestrzeniania się ASF. Przy wybiciu olbrzymiej ilości dzików, nielegalna sprzedaż mięsa i jego nielegalna utylizacja mogą stać się znacznie bardziej rozpowszechnione. W związku z tym, jest bardzo prawdopodobne, że choroba będzie występować częściej, a nie rzadziej niż dotychczas. Nie bez znaczenia jest też stosunkowo nikła wiedza na temat wektorów przenoszących wirusa. A priori zakłada się, że bezpośredni kontakt między zwierzętami (włączając tutaj też człowieka jako ogniwo pośrednie) jest głównym źródłem zakażenia. Jednak w miejscach endemicznego występowania ASF, w krajach o temperaturach trochę wyższych niż nasze, takim wektorem są głównie kleszcze miękkie. Jeśli w naszym regionie klimatycznym jest jakiś wektor podobnego rodzaju (dotychczas niezdefiniowany), to żadne, nawet 10-metrowe płoty go nie zatrzymają. A kandydatów mogących przenosić ASF jest wiele: są to niektóre muchówki odżywiające się krwią zwierząt tzw. kuczmany, strzyżaki (popularnie zwane muchami jelenimi), które masowo pojawiły się u nas w związku ze zmianami klimatycznymi i obrzeżki czyli europejskie kleszcze miękkie. Dziwne jest to, że odpowiednie ministerstwa nie kierują środków finansowych na badania potencjalnych wektorów, chociaż to właśnie mogłaby być droga prowadząca do ograniczenia ASF.

Jaką więc powinniśmy przyjąć strategię powstrzymania ekspansji ASF? Uważam, że w obecnej sytuacji, tylko rygorystyczne przestrzeganie przepisów sanitarnych, stosowanie szybkich nowoczesnych metod diagnostycznych i zrozumienie zasad redukcji ryzyka przenoszenia wirusa przez ludzi (a więc m.in. przez lekarzy weterynarii, właścicieli ferm i ich pracowników, producentów i dystrybutorów paszy, ale również przez leśników i myśliwych – szczególnie po polowaniach i pokotach) może doprowadzić do ograniczenia tej groźnej wirusowej choroby. Masowe wybijanie dzików na pewno tego nie załatwi.

Zastanówmy się też co się stanie jak już wybijemy wszystkie dziki?* Niewątpliwie dzik jest integralnym elementem naszych lasów – ryjąc zmiękcza glebę, ale przede wszystkim usuwa olbrzymie ilości larw przebywających i zimujących w ziemi. Bardzo znacząca część larw to stadia rozwojowe owadów (np. chrabąszcza czerwczyka czy majowego) uszkadzających strukturę drzew i krzewów leśnych. Przewiduję, że po wybiciu dzików może spełnić się czarny scenariusz sytuacji w lasach – masowe pojawianie się szkodników; będą to owady, które nigdy wcześniej, przed wyniszczeniem dzika, nie były znaczącym zagrożeniem dla drzewostanów.

Bogusław Szewczyk


Prof. dr hab. Bogusław Szewczyk jest wirusologiem, pracuje na Międzyuczelnianym Wydziale Biotechnologi Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie kierował Katedrą Wirusologii Molekularnej, a obecnie kieruje Zakładem Szczepionek Rekombinowanych. Jest wspolautorem około 90 publikacji w czasopismach i książkach o zasięgu międzynarodowym. Był m.in. ekspertem Swiatowej Organizacji Zdrowia ds. wprowadzenia nowej szczepionki przeciwko durowi brzusznemu, członkiem Eksperckiej Grupy Doradczej KE w 5 Programie Ramowym UE i ekspertem European Food Safety Authority UE ds. monitoringu i zapobiegania ptasiej grypie.

* przyp. red.: Minister Środowiska obecnie zaprzecza takim planom, ale jeszcze w grudniu domagał się od PZŁ „całkowitej depopulacji” dzików.