Ważne

Czy wegański świat jest możliwy?

Opowieści o czystym mięsie, czyli o mięsie produkowanym w bioreaktorach (zwanym również mięsem z in vitro, z hodowli komórkowych, czystym mięsem) mogą uwieść. Podobnie, jak te o wegeburgerach, wege parówkach, kaszance wegańskiej – produkowanych z białka roślinnego zamiennikach mięsa. Mogą uwieść osoby zrozpaczone losem zwierząt hodowanych w fermach przemysłowych, chcących za wszelką cenę zakończyć cierpienie zwierząt. I uwodzą, tylko czy naprawdę technologie te są prawdziwą alternatywą do przemysłowej hodowli zwierząt, która nie tylko byłaby końcem cierpienia zwierząt, również tych dzikich, ale i pozwoliłaby zadbać o klimat i przyrodę?

Przyjrzyjmy się zatem hodowli zwierząt. Przed epoką przemysłową, która wraz z rozwojem transportu kolejowego, umożliwiła powstanie ferm przemysłowych, zwierzęta były hodowane w systemie wolnym. Ich pokarmem przede wszystkim były trawy i inne rośliny zielone, a w zimie siano (krowy, kozy, owce), resztki ludzkiego pokarmu, niezjadane przez ludzi resztki po plonach, czy też choćby spady owoców, ale i też drobne zwierzęta żyjące w glebie (świnie i ptaki). Oczywiście, bardzo często do pasz dodawano również ziarno, paszowe odmiany ziemniaków, buraki pastewne. Zależało to od zamożności osób hodujących zwierzęta. W skrócie – zwierzęta hodowane na mięso, nabiał i jaja, żywiono głównie tym, czego człowiek albo nie trawi, albo nie jest w stanie zjeść. Przy czym, hodowano (dalej się hoduje) rasy selekcjonowane na wybraną cechę: wytwarzanie większej ilości mleka, niż potrzebne było do odchowania młodych (krowy, kozy, owce), czy też większą nośność jaj (ptaki), większy przyrost masy mięsi. Większa wartość tych cechy w porównaniu do dzikich zwierząt, zgodnie z zasadą zamkniętych budżetów energetycznych wszystkich żywych organizmów, wynika z przesunięć w tym budżecie – kosztem np., szybkości poruszania się, niemożności latania itp. Podobnie jest też w przypadku uprawianych odmian roślin – wystarczy zobaczyć, jak wygląda np. dzika kukurydza, ziemniak, pomidor, pszenica – części jadalne są wyraźnie mniejsze, niż u dzikich gatunków. Oznacza to, że zarówno zwierzęta hodowlane, jak i uprawiane rośliny, w przeciwieństwie do swoich dzikich, nieudomowionych przodków, potrzebują ludzkiej opieki. Najbardziej jaskrawym przykładem są domowe psy i koty, które bez człowieka, dziczejąc, skazane są na szybką śmierć, cierpiąc również z powodu rozłąki z ludzkim towarzyszem.

Nie oznacza to, że zwierzęta mogą być hodowane w ciasnych klatkach, zamkniętych pomieszczeniach, jak dzieje się to w przypadku hodowli przemysłowej. Każde zwierzę czuje, ma potrzeby kontaktu z innymi osobnikami, w przypadku samic potrzebuje kontaktu z potomstwem, jak i ono potrzebuje kontaktu z matką. Do dobrego życia konieczny jest kontakt z pastwiskami, wybiegami, słońcem. Potrzebuje zachowania maksymalnego dobrostanu zgodnego z fizjologią i behawiorem swojego gatunku. Podobnie zaburzenie podstaw biologii gatunku obserwujemy w przypadku roślin uprawianych w systemie wielkoobszarowych monokultur, gdzie bardzo często nie stosuje się choćby płodozmianu, brak jest zadrzewień i miedz śródpolnych. Zamiast zapewnienia właściwych warunków glebowych, łącznie z brakiem warstwy materii organicznej, rośliny odżywiane są nawozami mineralnymi. W tym przypadku, oprócz ważnego z powodów ekonomicznych wyjałowienia gleby, śmiało można mówić o braku zachowania dobrostanu roślin. Choćby dlatego, że nawozy mineralne są toksyczne dla mikroorganizmów glebowych, w tym żyjących w symbiozie z roślinami grzybów mikoryzowych, mających kluczowe znaczenie na przykład w odpowiednim dostarczaniu substancji odżywczych roślinom, czy też ochronie przed patogenami.

Nawet pobieżna lektura technologii stosowanych w rolnictwie przemysłowym pokazuje, jak bardzo w przemysłowym wytwarzaniu żywności oddaliśmy się od przyrody, zapominając tysiące lat doświadczeń rolników i rolniczek, wręcz zachłystując się kolejnymi nowinkami technologicznymi. Nie bacząc na ich skutki i dla nas i dla środowiska, ale również właśnie choćby dla zwierząt. Dwie pozornie najważniejsze technologie stosowane w rolnictwie  – nawozy mineralne i syntetyczne środki ochrony roślin (pestycydy), patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie tylko nie uwolniły ludzkości od głodu, ale są jedną z głównych przyczyn dewastacji naszej Planety, masowego wymierania gatunków oraz globalnego ocieplenia. Kolejne wynalazki, związane z postępującą mechanizacją rolnictwa, w tym hodowli, dokładają swoje w degradacji gleb, w zużyciu paliw kopalnych, w wyczerpywaniu skończonych zasobów Ziemi. Powinniśmy naśladować przyrodę, korzystać z możliwości, które dostarcza, z pomocą najnowszej wiedzy biologicznej i ekologicznej (ale i społecznej), tak, by system wytwarzania żywności był jak najbardziej cyrkularny, podobnie jak obieg materii i energii w przyrodzie. Zamiast tego kupujemy nowe gadżety, podobnie jak kolejną, niepotrzebną parę butów, jak kolejny model smartfona. Zamieniając system wytwarzania żywności w kolejną, linearną produkcję.

Potrzebę „zielonej” rewolucji tłumaczono koniecznością zwiększenia wydajności plonów, tak, by zapewnić odpowiednią ilość żywności każdej osobie na świecie. Zastanówmy się, czy było to konieczne, czy niedobory żywności nie wynikały z powodów społecznych.

Przed epoką przemysłową jednym z głównych źródeł dochodów bogatszej części społeczeństwa były wszelkiego rodzaju płody rolne, nie tylko żywność, ale na przykład bawełna. W naszym kraju podział wytworzonej żywności, podobnie jak w innych krajach, był bardzo nierówny. Wystarczy przeczytać choć jedną z niedawno opublikowanych książek, np. „Ludowa Historia Polski” Adama Leszczyńskiego, czy też „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego, żeby przekonać się, że ludność wiejska właściwe cały czas głodowała, była na granicy przeżycia. Cała nadwyżka żywności była konsumowana, nie tylko dosłownie, ale jako towar, którym handlowano, przez maksymalnie 10% społeczeństwa (w zależności od regionu). Pałace, dworki szlacheckie powstały ze sprzedaży żywności, której odmawiano ludności wiejskiej. Śmiało można napisać, że od wieków, a nawet od tysiącleci, problem głodu nie wynikał z braku żywności, czy też ze słabej urodzajności upraw i wydajności hodowli, ale właśnie z nierównego podziału tego, co rolnicy i rolniczki wytworzyli.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że i teraz jest podobnie. A z powodu globalizacji, nierówność podziału wytworzonej żywności, czy też marnotrawienie terenów rolnych pod zbędne uprawy (np. kwiaty w Kenii), czy też nadmiarowe (bawełna na wyrzucane masowo ubrania) jest główną przyczyną i głodu i dewastacji naszej Planety. Nadwyżki żywności są sprzedawane na Globalnej Północy, bo tam społeczeństwa są wystarczająco bogate, żeby je kupić. Są to też nadwyżki mięsa, nabiału i jaj, prowadząc do ich hiperkonsumpcji, do tego niezdrowej dla naszego wszystkożernego gatunku. Wytwarzanie tych nadwyżek jest możliwe dzięki dwóm mechanizmom: nadmiernej hodowli zwierząt (bo aż 77% terenów rolnych na Ziemi na to jest przeznaczana ), skoncentrowanej głównie w fermach przemysłowych (90% wszystkich hodowli) oraz uprawie pasz, w tym soi na terenach Globalnego Południa. Stamtąd też pochodzi choćby wysokobiałkowa mączka rybna dodawana do pasz w hodowlach na Globalnej Północy. Tak, oczywiście i na terenach rolnych Globalnej Północy uprawia się rośliny na paszę –  w Polsce z 33.5 mln ton zbóż jest produkowanych rocznie, aż 15 mln ton to te używane na paszę. Przypominam – wysokobiałkowe pasze, czyli również te produkowane ze zbóż, są wręcz szkodliwe dla większości hodowlanych zwierząt.

Dlaczego tak się dzieję? Podobnie jak przed epoką przemysłową, na wytwarzaniu żywności zarabia niewielka cześć ludzkości, tyle, że dzieje się to obecnie w skali globalnej. Następuje coraz szybsza monopolizacja nie tylko produkcji nawozów mineralnych, pestycydów, maszyn rolniczych, ale również wytwarzania, przetwórstwa i sprzedaży żywności. Do dominujących koncernów należą choćby Nestle, Cargill, Unilever, JBC, Tyson, wszystkie mniej lub bardziej powiązane z hodowlą zwierząt, dyktujące ceny żywności oraz to, co znajduje się na naszym talerzu.

Wróćmy zatem do pierwszego akapitu tego tekstu: mięso in vitro i „białko roślinne”. Uwodzą, bo jak pisałam, skala hodowli przemysłowej, gdzie zwierzęta cierpią od samego urodzenia się, jest wręcz straszliwa i trudno zobaczyć jej koniec. Stąd też głosy o konieczności całkowitego zakazu hodowli zwierząt na żywność. Zobaczmy jak wytwarzane jest mięso z in vitro: konieczne są komórki macierzyste ze zwierząt (tak, można je pobrać w miarę bezboleśnie) i pożywka dla nich (obecnie głównie serum zwierzęce, ale mogą być opracowane jego roślinne zamienniki). Idźmy dalej: konieczne jest postawienie budynków na jakimś terenie, zasilanych prądem, podobnie jak bioreaktory, w których owo mięso rośnie. Można by spekulować, że budynki postawimy na miejscu ferm przemysłowych, zaoszczędzony w ten sposób prąd będzie użyty na produkcję mięsa z in vitro. Tylko czy jest możliwa cyrkularna produkcja mięsa z in vitro? Np. pożywka produkowana z resztek ludzkiego pożywienia, czy też z roślin niejadalnych dla człowieka, pochodzących z kraju, gdzie jest umiejscowiona fabryka? Czy z takiej produkcji będzie można uzyskiwać naturalny nawóz? Dla kogo będzie przeznaczone takie mięso – dla całego świata, czy też znów głównie, a takie są głosy, dla Globalnej Północy? Czy w takie ilości, jak jest obecnie spożywane –  z niezdrowym nadmiarem? Co w takim razie z problemem głodu na Globalnym Południu?

Podobne zastrzeżenia można mieć do „białka roślinnego” służącego do produkcji roślinnych zamienników mięsa. Też musi być przetwarzane ze zużyciem energii, w specjalnych fabrykach. Czy jego produkcja będzie źródłem nawozu wykorzystywanym w lokalnych uprawach? Czy też dalej rośliny będą pochodzić z wielkoobszarowych upraw, gdzie stosuje się zbyt duże ilości i nawozów mineralnych i syntetycznych pestycydów. A może po prostu każdy i każda z nas powinni mieć więcej czasu, by gotować pyszne wegańskie posiłki dla siebie, dla bliskich, zamiast kupować i w pośpiechu zjadać wegeburgery często zapakowane w plastik produkowany z paliw kopalnych. I co szczególnie niepokojące, produkcję mięsa z in vitro i roślinnych zamienników mięsa zaczynają kontrolować te same koncerny, które są odpowiedzialne za eksterminację życia na Ziemi, na której zarabiają krocie, jak choćby Nestle, Cargill, Unilever, wspominane powyżej. To kolejny krok w kierunku kontrolowania żywności na świecie – a kto kontroluje żywność ten ma władzę.

Często słyszę pytanie, zawarte w tytule – czy wegański świat jest możliwy. Nie, nie jest. Przyroda nie jest wegańska, tak, jak nie jest ani dobra, ani zła. Jest w niej miłość, empatia, ale też okrucieństwo (często niewyobrażalne, wystarczy poczytać o osach pasożytniczych), wreszcie śmierć. Organizmy żywe zjadają i są zjadane. Nawet rośliny – i nie mam tu na myśli roślin owadożernych. Bez szczątków organicznych, zawierających nie tylko odchody, ale i resztki ciał zwierząt, nie miałby właściwego podłoża do wzrostu, bogatego w substancje odżywcze, gdzie mogą też żyć tak potrzebne im mikroorganizmy.  I na tym bogactwie życia i śmierci rośnie bujność przyrody. Zapominamy o tym, nie mając kontaktu z przyrodą, nie wiedząc jak jest wytwarzana żywność, często z rozpaczy nad cierpieniem zwierząt hodowanych na fermach, oczekując, że to co jemy, nie będzie się wiązało ze śmiercią zwierząt. Osobiście czasem mam wrażenie, że najlepiej z żadną śmiercią. Pójść do sklepu i kupić coś, co nie przypomina żadnej istoty żywej, z której zostało wytworzone, ładnie zapakowane, estetyczne, bez skazy. Taki obraz żywności jest utrwalany przez reklamy, przez koncerny jakkolwiek związane z wytwarzaniem żywności. Bo pomaga w jej nadprodukcji, ale i w produkcji opakowań – świetny interes, zamiast wystarczającej ilości dobrej żywności dla każdego. Doskonale rozumiem etyczne powody niejedzenia mięsa, nabiału i jajek oraz innej żywności pochodzącej od zwierząt. Tylko jako biolożka muszę zwrócić uwagę czytelników i czytelniczek tego tekstu na funkcjonowanie przyrody, owego cyklu życia i śmierci, którego i my powinniśmy być częścią. Znamy sposoby wytwarzania żywności, jak choćby agroekologia, z włączeniem metod hodowli zwierząt zachowujących ich maksymalnego dobrostanu, maksymalnie ograniczających ich cierpienia, łącznie z zapewnieniem właściwego dla nich pokarmu. Włączenia ich, ale i siebie, w system wytwarzania żywności maksymalnie przypominającym funkcjonowanie naturalnych ekosystemów. Bez marnowania żywności, marnowania terenów rolnych, które mogły by być zwrócone dzikiej przyrodzie, również dzikim zwierzętom. Jednocześnie z maksymalnym ograniczeniem hodowli zwierząt do liczebności stad niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania ekosystemów rolniczych, tak, by żywność pochodząca od zwierząt była uzupełnieniem, a nie głównym składnikiem diety, jak jest to obecnie na Globalnej Północy. Z połączeniem osób wytwarzających żywność z tymi, które jedynie ją konsumują. Tak, by żywność w końcu była prawem, a nie towarem, dla każdej osoby na Ziemi.

Tekst ukazał się pierwotnie w Zielonych Wiadomościach – link tutaj


Dr. hab. Paulina Kramarz, profesora nadzwyczajna Uniwersytetu Jagiellońskiego w Instytucie Nauk o Środowisku, jest współautorką publikacji dotyczących ekologii bezkręgowców lądowych, z czego część dotyczy ekotoksykologii, upraw GMO oraz biologicznej ochrony upraw. Obecnie zajmuje się przede wszystkim aspektami ewolucyjnymi i ekologicznymi fizjologii owadów oraz popularyzacją nauki. Współpracuje z organizacjami pozarządowymi oraz ruchami oddolnymi. Współtworzy Naukę dla Przyrody.


Polecamy też:

Różnorodność biologiczna krajobrazu rolniczego i jej kryzys w Europie – artykuł Rafała Bobrka i Aleksandry Pępkowskiej-Król

Przemysłowe hodowle zwierząt – środowiskowa i etyczna katastrofa – artykuł Barbary Niedźwiedzkiej

Dlaczego rolnictwo przemysłowe jest zabójcze dla naszej Planety i co z tym zrobić? – artykuł Pauliny Kramarz

Żywność czy środowisko naturalne? – artykuł Pauliny Kramarz